Mnie też to okropnie boli...

paragraf.pngKażdy z nas prawie codziennie styka się z przykładami bestialstwa wobec zwierząt i równocześnie z lekceważeniem problemu przez organy porządku publicznego i wymiar sprawiedliwości.

Sprawcy okrutnych czynów wobec zwierząt, zabijania ich i zaniedbywania, zwykle chodzą bezkarnie śmiejąc się w oczy ludziom wrażliwym, którzy chcieliby, aby sadystom zabrano maltretowane przez nich zwierzęta i ukarano ich za występki wobec braci mniejszych.

Lekceważenie zgłoszeń przez strażników miejskich (gminnych) i funkcjonariuszy Policji, odmawianie wszczęcia postępowania lub nagminne umarzanie śledztw z braku przesłanek znęcania się czy nieuzasadnionego bądź niehumanitarnego zabijania, a w końcu uniewinnianie lub skazywanie na śmieszne kary, to codzienność w Polsce, w której od 1997 roku obowiązuje całkiem dobra, najlepsza w Europie, ustawa o ochronie zwierząt.

 

Ustawa obowiązuje tylko na papierze, bo nie funkcjonuje w umysłach funkcjonariuszy publicznych, którzy powinni strzec jej przestrzegania i surowo egzekwować łamanie jej przepisów.

 

Oto bardzo ciekawy artykuł z "Polityki" (cytuję go w całości, bo z czasem zniknie, a taki tekst powinien kłuć nas w oczy przez następne 30 lat):


"To boli

Agnieszka Sowa                                                                                                     2011-01-31, ostatnia aktualizacja 2011-01-31 12:04

logo_polityka.jpg

1997_r_ustawa_o_ochronie_zwierzat.jpg

Obowiązująca w Polsce od 1997 r. ustawa o ochronie praw zwierząt przewiduje za znęcanie się nad nimi ze szczególnym okrucieństwem karę do dwóch lat więzienia
Fot. Wojtek Habdas / Agencja Gazeta

100 tys. internautów w cztery dni podpisało petycję z żądaniem kary więzienia za bestialskie znęcanie się nad zwierzętami. Wymiar sprawiedliwości dotąd w takich sprawach okazywał łaskawość.

Suczce siberian husky młodzi zwyrodnialcy dla zabawy urwali głowę. Najpierw wypili flaszkę i po trzy piwa, potem zrobiło się nudno. Pili u Wojtka, w Lipnicy Małej, gdzie obejścia pilnował przyjacielski husky, wzięty ze schroniska w Nowym Targu. Nie wiadomo, który z mężczyzn wpadł na pomysł, by zabrać psa na przejażdżkę. Za kierownicą auta siedział Wojtek, 23 lata. Koledzy byli młodsi, 19-letni Piotr i 18-letni Krzysiek, ten który przytroczył ufną suczkę linką do zderzaka. Potem mówił, że tak ją zapiął, że musiała się udusić od razu, jak tylko wyjechali z podwórka. Tak lepiej przedstawić sprawę, zwłaszcza w sądzie, niż przyznać, że siedzieli w aucie, obserwując, jak pies próbuje wygrać wyścig o życie, a potem kona w męczarniach.

Zatrzymali się dopiero, gdy zorientowali się, że ciągną samą głowę. Wtedy Wojtek schował ociekający krwią psi łeb do bagażnika. Pojechali szukać reszty. Nie znaleźli. W śledztwie nie byli w stanie podać żadnego motywu, dla którego w tak okrutny sposób pozbawili życia zwierzę. Prokuratura Rejonowa w Nowym Targu postawiła trzem mężczyznom zarzut z art. 35 ustawy o ochronie praw zwierząt, dotyczący znęcania się nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem. Polskie prawo przewiduje za to do dwóch lat więzienia.

- Jeżeli za tak okrutny czyn nie należy się najwyższy wymiar kary, to za jaki? - pyta prokurator Michał Gabriel-Węglowski, który dziś zajmuje się przestępczością zorganizowaną, ale pracę doktorską pisał o przestępstwach przeciwko humanitarnej ochronie zwierząt. - Skoro ustawodawca przewidział widełki kary, to po to, żeby czasami orzekać także ten najwyższy wymiar, oczywiście jeśli nie ma żadnych okoliczności łagodzących.

Makabryczna historia miała miejsce 7 listopada, 17 stycznia odbyła się pierwsza rozprawa.

Równie błyskawicznie namierzono 15-latka z Gdańska, który sfilmował i udostępnił w sieci relację, jak jego trzyletni braciszek znęca się nad kotem. Niezdarny jeszcze po dziecięcemu bobas z beznamiętną twarzą dziecka z horroru dusi kotka, potem, trzymając za nogi, wali jego głową o ścianę, meble, podłogę.

Makabryczny film odkrył na YouTube jeden z kociarzy zarejestrowany na forum internetowym Miau.pl. W ciągu kilku dni link do filmu obiegł wszystkie chyba portale społecznościowe i serwisy informacyjne. Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Zwierząt Animals zawiadomiło policję, ale równocześnie zgłoszenia o popełnieniu przestępstwa składali internauci w kilkudziesięciu miastach Polski. I nie czekając na policję, na własną rękę zaczęli szukać autora filmu. W sieci pojawiały się nazwiska, adresy, numery telefonów domniemanych sprawców, a komentarze i wpisy na forach nasuwały myśl o linczu, co musiało mieć wpływ na szybkość, z jaką zareagowały organy ścigania.

15-latka zatrzymano w ciągu kilku dni. Maltretowany kotek, potłuczony i poraniony, jednak żywy, trafił do schroniska prowadzonego przez Krakowskie TOZ, razem z trzema innymi kotami i dwoma psami, odebranymi rodzinie chłopców.

- Tak szybkie działanie policji i prokuratury to ewenement - uważa prezes Krakowskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt Janina Osuchowa. - Niewątpliwie to zasługa mediów i postawy tej części społeczeństwa, która dała wyraz swojemu oburzeniu.

Kiedy nie ma medialnego szumu, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Sprawy, w których ofiarą jest zwierzę, zazwyczaj traktowane są przez policję, prokuraturę, a później sąd (jeśli w ogóle trafią na wokandę) jako drugiej, a nawet trzeciej kategorii.

Policja: czy to na pewno jest przestępstwo?

- Mimo że ustawa o ochronie praw zwierząt obowiązuje już 14 lat, często można odnieść wrażenie, że policjanci o niej nie słyszeli - mówi Monika Zbrzeźniak z Fundacji S.O.S. dla Zwierząt.

W zeszłym roku odebrała od właścicielki suczkę, która właściwie nie miała skóry. Poparzone ponad 70 proc. powierzchni ciała. Jedna wielka rana, na bokach, plecach, szyi i podbrzuszu, gnijące, odpadające płatami resztki skóry. Charakter obrażeń wskazywał na celowe działanie człowieka. Właścicielka twierdziła, że w takim stanie trzy tygodnie wcześniej pies wrócił ze spaceru. Przez cały ten czas patrzyła na agonię zwierzęcia i nie udzieliła mu pomocy. Wolontariuszki pojechały na policję z poparzonym psem, po dwóch godzinach zrezygnowały i zawiozły suczkę do kliniki. Lekarz mógł pomóc tylko w jeden sposób, uwalniając zwierzę od koszmarnego cierpienia. Wróciły na policję już tylko ze zdjęciami psa i dokumentacją z badania weterynaryjnego. Policjant przeczytał obdukcję, spojrzał na zdjęcie i zadał pytanie, czy rzeczywiście popełniono przestępstwo.

- Często słyszę od policjantów: "tyle hałasu o burka" i "proszę przynieść materiały dowodowe, to zobaczę, czy opłaca się tym zająć" - mówi Alina Motak, prezes Fundacji S.O.S. dla Zwierząt.

- Większość policjantów nie traktuje serio tych spraw - mówi prof. Andrzej Elżanowski, zoolog i bioetykWiększość policjantów nie traktuje serio tych spraw - mówi prof. Andrzej Elżanowski, zoolog i bioetyk - Nie chcą się nimi zajmować, a jak już muszą, to nie przygotowują rzetelnie materiału dowodowego, bo nie są przeszkoleni w zakresie ustawy o ochronie zwierząt. To znakomicie ułatwia prokuratorowi odmowę wszczęcia postępowania lub umorzenie śledztwa.

Mateusz Janda, komendant Straży dla Zwierząt, uważa, że skompletowanie materiału dowodowego jest zadaniem organizacji działających w obronie praw zwierząt. - Tak nas przeszkolili Anglicy, którzy bardzo dużą wagę przykładają do zebrania dowodów - mówi. I trzeba znać przepisy oraz kruczki prawne. Na przykład nie robić samemu zdjęć, tylko wezwać policję techniczną. - Takich dowodów nie podważy żaden biegły ani adwokat - dodaje Janda.

Prokuratura: odmowa wszczęcia lub umorzenie

- Zwyrodnialec powiesił psa, a prokurator umarza postępowanie z uzasadnieniem, że oskarżony bronił się w ten sposób przed atakującym psem - prezes Krakowskiego TOZ Janina Osuchowa, z zawodu sędzia, nie wie, jak komentować taki wywód prokuratora. I wstyd jej za kolegów po fachu.

Przy takim uzasadnieniu nie robi wrażenia znikoma szkodliwość społeczna pozostawienia w samochodzie, w pełnym słońcu, ukochanego pieska, który zdychał w męczarniach, podczas gdy państwo zwiedzali kopalnię soli.

Krakowskiemu TOZ w 2010 r. udało się wnieść 28 aktów oskarżenia. 11 innych postępowań prokuratura umorzyła, w 14 przypadkach odmówiła wszczęcia postępowania. Ponad 50 proc. to świetny wynik. Inne organizacje prozwierzęce mówią o 25 proc. spraw, które udało się przepchnąć przez prokuraturę do sądów. Prokurator Michał Gabriel-Węglowski do pracy doktorskiej zebrał dane z okręgu gdańskiego: mniej więcej co trzecia sprawa trafiała do sądu.

Cezary Wyszyński, prezes fundacji Viva! Akcja dla Zwierząt, twierdzi, że większość zawiadomień o znęcaniu się nad zwierzętami, jakie zgłasza jego fundacja, prokuratura umarza. Wtedy trzeba złożyć zażalenie do sądu. Mniej więcej połowa wraca do ponownego rozpatrzenia przez prokuraturę. Powtórne umorzenie dotyczy znów około 50 proc. przypadków. Zatem do sądów trafia ostatecznie jedna czwarta. Pod warunkiem, że jest się upartym. A Viva! potrafi być uparta, o czym miał okazję przekonać się Antoni Gucwiński, były dyrektor wrocławskiego zoo. Viva! oskarżyła go o znęcanie się nad niedźwiedziem Mago, który przez 10 lat skazany był na życie w betonowym bunkrze bez wybiegu. W ten sposób dyrektor zoo zapobiegał kazirodczym związkom Mago z siostrą. Wykastrować go nie chciał, bo, jak twierdził, miś był świetnym materiałem genetycznym. Mago po podwiązaniu nasieniowodów od trzech lat cieszy się względną wolnością na dużym wybiegu z siostrą i córką. 10 stycznia wrocławski sąd rejonowy przyznał, że dyrektor Gucwiński przez 10 lat znęcał się nad misiem.
 
- Pierwsze zawiadomienie o przestępstwie prokuratura dwa razy umorzyła i to nam umożliwiło wystąpienie z oskarżeniem prywatnym - mówi Cezary Wyszyński. - Przegraliśmy w dwóch instancjach, ale Sąd Najwyższy przyznał nam rację. Sprawa wróciła do sądu rejonowego i zapadł wyrok skazujący.

Sąd odstąpił od wymierzenia kary z uwagi na podeszły wiek oskarżonego oraz to, że przez całe życie propagował humanitarne traktowanie zwierząt. Wyrok ma jednak istotne znaczenie, bo jako jeden z pierwszych nie dotyczy celowego działania człowieka zmierzającego do zadania cierpienia zwierzęciu, lecz świadomego działania, w wyniku którego zwierzę cierpi, choć cierpienie to nie jest bezpośrednim zamiarem świadomego działania, w wyniku którego zwierzę cierpi, choć cierpienie to nie jest bezpośrednim zamiarem.

Sąd: znikoma szkodliwość społeczna

Ciekawą lekturę stanowią uzasadnienia wyroków uniewinniających w sprawach o znęcanie się nad zwierzętami. Wrocławski sąd, orzekając po raz pierwszy w sprawie misia Mago, zacytował opinię biegłego: skoro niedźwiedź nie zdechł, to znaczy, że nie było mu tak źle.

Wśród interwencji Krakowskiego TOZ szczególnie drastyczne jest uniewinnienie człowieka, który przez 50 lat zabijał psy i przetapiał je na smalec. Sąd uznał, że psy były zabijane humanitarnie, z potrzeby gospodarczej. Zwierzęta można przecież jeść, a ustawodawca nie wskazał, które gatunki zwierząt można przeznaczać na ubój.

Jeżeli już wyrok skazujący, to najczęściej symboliczna grzywna. Nawet wtedy, gdy działanie sprawcy jest wyjątkowo okrutne i celowe. Tak było w przypadku mężczyzny, który na ulicy próbował zatłuc kamieniem pięciomiesięcznego kundelka. Nie zabił, ale prawie. Wstrząs, wylew krwi do mózgu, zmiażdżone ucho i kanał słuchowy. Policja odebrała zwyrodnialcowi psa, jego długotrwałym leczeniem i rehabilitacją zajęła się Fundacja S.O.S. dla Zwierząt. Koszt: 11 tys. zł. - Podczas rozprawy sędzia kpił "11 tys. za leczenie kundla?", a potem zasądził karę 2,5 tys. grzywny i tyle samo nawiązki na rzecz naszej fundacji - mówi Aneta Motak, szefowa S.O.S. dla Zwierząt. - Do dziś nie dostaliśmy nawet złotówki.

Kary więzienia są bardzo rzadkie. W przypadku szczególnego okrucieństwa sądy czasem orzekają więzienie w zawieszeniu. Na palcach jednej ręki można zliczyć sytuacje, gdy sprawca rzeczywiście ląduje za kratkami. (W 2008 r. było 18 takich wyroków i 225 wyroków w zawieszeniu). Na cztery miesiące sąd skazał rencistę z Jankowic, który na oczach sześcioletniej dziewczynki utopił jej kota. Rok bez zawieszenia dostał w drugiej instancji Stephen Drew. Anglik hodował konie w systemie bezstajennym, nie zapewniając im nawet zimą żadnego schronienia, pożywienia ani wody, bo chciał metodą naturalnej selekcji wyhodować osobniki wyjątkowo odporne. Na osiem miesięcy skazał sąd w Toruniu mężczyznę za to, że najpierw wyrzucił swojego psa z drugiego piętra, a po tygodniu skopał go na śmierć. Półtora roku więzienia wymierzył krakowski sąd mężczyźnie za wyszkolenie pit bulla do zabijania kotów.

Do więzienia najczęściej trafiają ci sprawcy, którzy jednocześnie znęcają się nad rodziną i nad zwierzętami.

Prawo: dwa lata jak dla brata

Obowiązująca w Polsce od 1997 r. ustawa o ochronie praw zwierząt przewiduje za znęcanie się nad nimi ze szczególnym okrucieństwem karę do dwóch lat więzienia. Ostatnie przymiarki do nowelizacji tego prawa zakończyły się fiaskiem. Nie wszyscy obrońcy zwierząt załamują z tego powodu ręce. Wskazują, że niektóre pomysły w projekcie nie tylko nie poprawiłyby sytuacji zwierząt, ale mogłyby ją drastycznie pogorszyć. Jak choćby zezwolenie, praktycznie dla każdego, na zabicie zwierzęcia, by skrócić jego cierpienia. Czy kontrowersyjny pomysł, by oprawcy zwierząt odpracowywali karę w schroniskach.

Obowiązująca ustawa, przy wielu mankamentach, ma plusy. - Przede wszystkim jasno mówi, że zwierzę nie jest rzeczą, i przyznaje organizacjom status pokrzywdzonego - mówi Cezary Wyszyński z Vivy! Prokurator Gabriel-Węglowski jest zdania, że ustawa dość radykalnie zwiększyła świadomość potrzeby ochrony zwierząt wśród przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Przeprowadził ankiety wśród 230 prawników z okręgu gdańskiego. Z tych, którzy pracowali w zawodzie przed 1997 r., zaledwie co dziesiąty zetknął się ze sprawą dotyczącą ochrony zwierząt. Po ośmiu latach obowiązywania ustawy już co drugi.

- Ustawa pchnęła temat do przodu, teraz przydałby się następny krok - mówi prokurator Gabriel-Węglowski, który recenzował sejmowy projekt nowelizacji. - Na przykład wprowadzenie jako środka karnego zakazu posiadania zwierząt. I zaostrzenie górnej granicy kary za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem do pięciu lat więzienia. Choćby dlatego, by dać wyraźny sygnał społeczeństwu, więc także przedstawicielom wymiaru sprawiedliwości, jaka jest waga i ocena moralna takiego czynu. I ze względu na spójność prawa. Prawo łowieckie przewiduje karę więzienia do pięciu lat za polowanie w okresie ochronnym.

Za zaostrzeniem kar wypowiada się większość przedstawicieli organizacji działających na rzecz zwierząt, ale nie wszyscy. Wszyscy natomiast są zgodni, że najważniejsza jest nieuchronność kary. A do tego niezbędna jest zmiana nastawienia stróżów prawa. - To się może dokonać tylko przez ewolucję mentalności społecznej - mówi prof. Wojciech Pisula, psycholog zwierzęcy. - I mam wrażenie, że jesteśmy świadkami początku zmiany postaw części społeczeństwa, głównie dzięki nowym technologiom komunikacyjnym. Kto zobaczył film z trzylatkiem maltretującym kota, nie zapomni tego widoku. Jeszcze tylko musi do niego dotrzeć, że kurczak, którego ma na talerzu, żył w nieludzkich warunkach, i zacznie się domagać drobiu z wolnego wybiegu albo zostanie wegetarianinem.

Może się wydawać, że profesor jest zbytnim optymistą. Ale trudno nie zauważyć pisma prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, wystosowanego przed Bożym Narodzeniem do prokuratorów apelacyjnych, przypominającego o konieczności stosowania przepisów ochrony zwierząt, w którym prokurator pochylił się też nad smutnym losem wigilijnego karpia. A jeszcze kilka lat temu, gdy Jacek Bożek z Klubu Gaja zaczynał kampanię w obronie karpi, wszyscy pukali się palcem w głowę.

***"

 
Źródło: Polityka